Założyciel Maczfit o swojej pasji do sportu

Anna Wrona: Jak ważny był sport w Pana rodzinie?

Reklama

Maciej Lubiak, założyciel Maczfit, kierowca rajdowy: Mój tata lubił aktywność i działanie, kontakt z naturą i szybkością. Najpierw był żeglarzem, potem koniarzem, następnie zajął się motosportem. Kiedy byłem mały, nie było bodźców technologicznych – komputerów czy telefonów. Mam wrażenie, że wtedy było łatwiej i rodzicom, i dzieciom. Jeździliśmy w plener i dużo graliśmy w badmintona czy ping-ponga. Kiedy miałem pięć lat, jako jeden z prezentów pod choinkę dostałem pierwszą drewnianą rakietę tenisową. Grałem uparcie cały dzień i całą noc, odbijając piłkę o ścianę w hotelowym korytarzu. Podobał mi się ten ruch, uderzenie, powtarzalność, wyrabianie umiejętności. Później, gdy byłem o pół roku starszy, podczas spaceru w Gdyni zaciągnąłem tatę na korty i poprosiłem, by zapisał mnie do szkółki. Nie były to więc zaplanowane decyzje ani moich rodziców, ani moje. Wszystko działo się bardzo spontaniczne. To był rodzaj lifestyle’u: korty, treningi, znajomości zawiązywane wśród rodziców, no i grające dzieci. Taki był mój początek sportowy: szkółka po szkółce, coraz wyższe grupy, wreszcie turnieje.

Zaczęło się od tenisa, ale głównym tematem był i jest jednak motorsport.

Tenis traktuję nie tylko jako pasję, ale również jako element wychowawczy. Żyłem tenisową dyscypliną i według niej szedłem do przodu w życiu. W naszym domu tematem często omawianym był również motorsport, gdyż ten rodzaj sportu uprawiali mój tata Andrzej Lubiak, który był wielokrotnym Mistrzem Polski oraz mój ojciec chrzestny Maciej Wisławski – mistrz Europy, który jeździł kiedyś z moim tatą, potem z Krzysztofem Hołowczycem oraz wieloma znanymi kierowcami rajdowymi. To w motorsporcie żyli moi bohaterzy i idole. Dużo się u nas o tym rozmawiało. Jako mały chłopak (7–12 lat) często jeździłem kibicować tacie, ale też kierowcom kolejnych pokoleń. Wywoływało to we mnie bardzo dużo emocji i podnosiło znacznie poziom adrenaliny. Motorsport był zawsze moim wielkim marzeniem i dlatego z perspektywy czasu mogę wysnuć wniosek, że jeśli dziecko definiuje, kim chce być w przyszłości, to znaczy, że ma dany dar zapisany w genach. Obserwując małe dzieci (nie tylko swoje), widzę, że malutki człowiek ma już w sobie to coś, do czego dąży. Przyszedł więc taki moment, po wielu kontuzjach tenisowych i problemach ze zdrowiem, że w końcu zająłem się drugą moją pasją.

Pamięta Pan swój pierwszy własny samochód?

Mój pierwszy samochód to był Volkswagen Garbus. Wtedy Volkswagen Garbus był dla młodzieży jak dziś Porsche. Ten Garbus też był po to, żeby potem ewentualnie go przerobić na auto rajdowe, wyścigowe, sprzedać i kupić coś innego. Kombinowałem. U mnie wbrew pozorom nikt nie był przychylny temu, żeby ja też zajął się motorsportem. Teraz wiem dlaczego.

Dlaczego?

Mój tata nie chciał, żebym jeździł w rajdach. Uważał, że są lepsze dyscypliny, bardziej wdzięczne. Motorsport jest jedną z nielicznych dyscyplin, w których wszystko nie zależy głównie od talentu. Można być wielce utalentowanym i mieć nieprawdopodobne umiejętności, ale do tego, żeby się realizować w tym sporcie, potrzeba olbrzymich pieniędzy i szczęścia. Sukces jest tu składową wielu elementów: kierowcy, samochodu, pilota i całego zespołu. Patrząc nawet na Roberta Kubicę czy innych kierowców z wielkim talentem i bardzo szybkich, to decydująca jest jeszcze maszyna. Ona może się popsuć. Może też zabraknąć budżetu pod koniec sezonu. Budżet jest bardzo potrzebny do realizacji ekstremalnych wyników. W motorsporcie sukces buduje się poprzez ilość testów, treningów, jakość samochodu, jego specyfikacje. To nie jest koszykówka czy tenis, gdzie buduje się swoje umiejętności w głowie, mięśniach i pamięci ruchowej. W rajdach oprócz głowy, pamięci ruchowej i mięśni jest jeszcze maszyna, w którą trzeba dużo zainwestować. Trochę to bliższe jeździe konno, gdzie koń jest elementem sukcesu i gdzie nie mamy nad nim 100 proc. kontroli. Mój tata powtarza, że nie ma to jak golf, tenis, koszykówka czy lekkoatletyka, gdzie wszystko zależy od sportowca. Motorsport nie jest więc wdzięczny, ale za to uczy iść do przodu pomimo rzeczy, na które nie ma się wpływu. Nie da się w nim wszystkiego kontrolować. Bardzo mi to pomogło w biznesie.

Który rajd najmocniej pozostał Panu w pamięci? Pierwszy? Najlepszy? Najcięższy?

To zawsze jest ten pierwszy odcinek specjalny. Pamięta się go do końca życia. Jechałem małym fiatem cinquecento, a wydawało mi się, że jadę niesamowicie szybko. Kierowca zawsze zakłada rękawiczki. Ja tak szybko kręciłem wtedy kierownicą, że jedna z nich mi spadła. Do dziś nie wiem, jak to możliwe – one są bardzo ciasne. Wtedy nie było żadnej spójności między mną a samochodem i drogą. Ten sport polega właśnie na tym, że te trzy elementy muszą być jedną całością. Jeżeli któryś działa osobno, robi się niebezpiecznie. Nie osiąga się też wyniku.



Maciej Lubiak: "Pamiętam do dziś również ten najtrudniejszy, a zarazem najbardziej tragiczny wypadek, w którym zginął mój pilot"

Co Pan czuł po tym pierwszym rajdzie? Przerażenie czy satysfakcję?

Oczywiście, że satysfakcję. To było coś pięknego. Zresztą, na tym pierwszym odcinku osiągnąłem bardzo dobry wynik – byłem od razu drugi w klasie 30 samochodów. Niesamowite przeżycie. Nie można jednak powiedzieć, że rajdy stanowią dla mnie „pozytywne” wspomnienia. Przejechałem w życiu wiele wspaniałych odcinków, które wygrałem, w których walczyłem na setne sekundy z konkurencją, ale pamiętam do dziś również ten najtrudniejszy, a zarazem najbardziej tragiczny wypadek, w którym zginął mój pilot, przyjaciel Bartek.

Czy w tym sporcie wiek działa na korzyść? Czy pomaga większe doświadczenie nie tylko sportowe, ale też życiowe?

To różnie bywa. W Formule 1 teraz liczy się szybkość, młodość i odwaga. Kierowcy są bardzo wcześnie szkoleni. W rajdach oprócz szybkości i odwagi liczy się też doświadczenie. Sébastien Loeb, który dość późno zaczął, ma w tej chwili 48 lat i dalej jest najszybszy na świecie – co wsiądzie w samochód, to wygrywa. Już nie mówiąc o rajdzie Dakar, gdzie rajd trwa dwa tygodnie. Tam jednym z najlepszych kierowców jest Stéphane Peterhansel, który ma 57 lat. Myślę, że z wiekiem starszym kierowcom ciężej jest pokonać strach i jechać over the limit, mając rodzinę, dzieci, firmę, odpowiedzialność, kredyty… Ja tego też doświadczyłem. Miałem przerwę rajdową między 2007 a 2017, kiedy zająłem się biznesem. Muszę przyznać, że rozwijanie maksymalnych prędkości po tylu latach, mając rodzinę i interes, wiązało się już z różnymi myślami, np. że już nie muszę się sprawdzać i testować. Ta jazda ma mi sprawiać przyjemność. Więcej kalkuluję. Tam, gdzie nie trzeba, nie dodaję więcej gazu. Czas reakcji, umiejętności jazdy to ułamki sekund. Najważniejsza jest jednak głowa. W przeciwieństwie do sportów bardziej fizycznych, jak tenis czy piłka nożna, gdzie fizyczność, gibkość są bardzo ważne – w rajdach ważne jest przygotowanie mentalne, a przede wszystkim spokój umysłu.

A jak jeździ Pan na co dzień? Też szybko?

Jeżdżę bardzo wolno. Na pewno wolniej niż moja żona. Dla mnie jazda samochodem to forma relaksu, wyciszenia, rozmów z pracownikami.

Podczas rajdów nie ma czasu na dekoncentrację i odpoczynek. To zupełnie inna jazda.

To musi być 100 proc. koncentracja. Jestem teraz, tu i tylko na tym się skupiam. Mentalne wytrenowanie, przygotowanie psychiczne do rajdu jest bardzo istotne. To duża sztuka. Wsiadam do samochodu i nie zawsze wszystko jest idealnie. Cechą najlepszych w każdej dyscyplinie jest umiejętność poradzenia sobie ze wszystkimi negatywnymi bodźcami i obrócenia ich w przewagi. To ma duży wpływ na pewność siebie. Tego zresztą uczy sport.

"Jestem self made manem"

Umiejętność działania niezależnie od warunków przydaje się pewnie także w biznesie?

Sport doskonale przygotowuje do biznesu. Są elementy spójne pozwalające osiągnąć jakiś konkretny rezultat: wytrwałość, konsekwencja, dyscyplina i koncentracja. Można wiele zdziałać i poradzić sobie z konkurencją, jeżeli będziemy konsekwentni w tym, co robimy. Sport, nawet amatorski, uczy też dojścia do progu bólu i zmęczenia, walki głowy z wysiłkiem psychicznym i fizycznym. Ten poziom dyskomfortu jest bardzo ważny również w życiu zawodowym. Bez sportu bardzo ciężko się tego nauczyć. Wydaje mi się, że sportowiec, który zaczyna biznes, ma wyżej zawieszony poziom dyskomfortu niż osoba, która nie miała ze sportem nigdy nic do czynienia. Trudniej jest go zmęczyć, zniechęcić czy zdemotywować. Walka ze sobą, walka z przeciwnikiem to challenge, który można przenieść z wychowania w sporcie do pracy w biznesie. Uważam, że bardzo mądre jest to, co robią Amerykanie, że zaczynają motywować młodzież do uprawiania sportu poprzez odpowiedni program stypendiów studenckich. Chciałbym, żeby moje dzieci też wychowały się w sporcie. Niekoniecznie były zawodowymi sportowcami, bo to wymaga bardzo dużego poświęcenia. Ja jestem sportowcem, który marzył o własnym biznesie. Można powiedzieć, że jestem self made manem jeżeli chodzi o przedsiębiorczość.

Część przedsiębiorców wpada w pułapkę nieustannego bycia w pracy. Jak ważne jest, żeby mieć odskocznię w postaci pasji?

Psychologia biznesowa i świadomość naszego zdrowia mentalnego na szczęście rozwijają się coraz prężniej. Sport czy pasja to takie momenty, kiedy człowiek ma chwilę dla siebie. Szczególnie, jeżeli się ciężko pracuje, ma się rodzinę, obowiązki, to ważne jest, żeby mieć też takie stymulanty dobrego samopoczucia. Lider przyjmuje postawę osoby, która zawsze ma siłę, zawsze ma dobry humor i dobre poczucie humoru, zawsze znajduje rozwiązanie, jest dwa kroki przed konkurencją i wytrzyma presję rynku. W moim przypadku sport, pasja stanowiły formę relaksu. To takie momenty, kiedy jest się w danej chwili. Nie planuje, nie myśli o tym, co będzie za dwa tygodnie, nie czeka, aż będzie styczeń czy marzec. Świat pędzi. Sport, pasja, chwile dla siebie pozwalają się zatrzymać. Zatrzymuję się w miejscu, uspokajam, rozluźniam, resetuję i potem wracam do życia w tempie. Nawet najcięższy rajd, setki kilometrów, dają mi siłę. Robię wtedy zupełnie coś innego i nie skupiam się na natłoku informacji czy odpowiedzialności. Nawet kiedy nie brałem jeszcze udziału w rajdach i jeździłem z rakietą do squasha na turnieje, to też traktowałem to jako formę odreagowania i odcięcia się od rzeczywistości. Uważam, że to jest bardzo ważne, żeby znaleźć w życiu taką pasję, w której jest się samemu ze sobą. Godzinę czy pół godzinny dziennie dla siebie. To tworzy miejsce w głowie na rzeczy kreatywne, a nawet niemożliwe.

Jak ważne jest dobre przygotowanie w sporcie i w biznesie?

Zawody są kropką nad „i”, efektem długiego okresu przygotowań. W sporcie, jeżeli się faktycznie angażujemy i chcemy osiągnąć sukces, to zawody poprzedza okres ciężkiej pracy. W biznesie jest tak samo. Produkt, który tworzymy, jest efektem finalnym wielu dni, tygodni, miesięcy pracy. Jestem zwolennikiem skupiania się na jednym. Kiedyś było modne bycie w kilku spółkach. Nie wierzę w taką przedsiębiorczość. Geniusze biznesu czy sportu to osoby mocno skoncentrowane na jednym. Kiedy tworzyłem Maczfit, odsunąłem wszystko na bok. Każdego dnia myślałem o tym, żeby dojść do poziomu lidera. Każdego dnia, wstając z czystą głową, szukałem rozwiązań, żeby wyróżnić się na rynku. Zależało mi na jakości, a najlepszą jakość można osiągnąć, skupiając się na jednej rzeczy. Pomaga w tym sport. Uczy konsekwencji i koncentracji na najlepszych umiejętnościach i przewagach, tworzeniu coraz lepszych rozwiązań. Konsekwentnie nie odpuszczałem.

Co Pan czuje w momencie startu: lęk, obawę, adrenalinę?

Każdy się boi. Jest adrenalina i jest obawa. Myślę, że niezależnie od dyscypliny, każdy sport ma jakiś strach w sobie, dreszcze emocji. Ten strach jest zdrowszy, jeżeli mamy dużo pewności siebie, zaufania do siebie i wiary w to, co robimy. U tych najlepszych strach przed porażką przeradza się w olbrzymią motywację i chęć zwycięstwa. To staje się możliwe, jeżeli mamy duże zaufanie do siebie. Wydaje mi się, że w biznesie jest tak samo. Jeżeli chce się być liderem, trzeba mieć przede wszystkim zaufanie do siebie, żeby mieć też zaufanie do innych.

 

Maciej Lubiak: "Nigdy nie szukałem do współpracy osób takich, jak ja"

Zaufanie do innych to temat budowanie zespołu. Jakie cechy charakteru są dla Pana najważniejsze, kiedy dobiera Pan sobie zespół?

Chyba największym moim sukcesem biznesowym jest to, że stworzyłem grupę osób, które się nauczyły razem ze mną i przy mnie być frontmanemi, osobami, które cały czas idą do przodu, są zawsze dwa kroki przed konkurencją, szukają rozwiązań. Ważne jest, żeby budować wokół siebie zespoły, które będą się napędzać. Zawsze szukałem osób, które coś wniosą, mają wiedzę i umiejętności, których ja nie mam. Nigdy nie szukałem osób, które są takie jak ja. Biznes tworzy się ludźmi z doświadczeniem, którzy coś wniosą do organizacji. Na rozmowach rekrutacyjnych powtarzam, że jesteś tu po to, żeby moja firma weszła na kolejny poziom rozwoju. Tak jak w sporcie – jest wprawdzie lider – ale bez trenera, głównego inżyniera, psychologa nie ma sukcesu. Patrzę na biznes jak na drużynę sportową.

Kolejny temat pojawiający się zarówno w sporcie, jak i biznesie to konkurencja, a dokładnie rywalizacja. Pan chyba lubi rywalizować.

Oj, bardzo! Ale moi konkurencji również. Jestem uzależniony od rywalizacji. Może nie w szybkości jedzenia zupy czy jeżdżenia szybko po ulicy samochodem, ale lubię zdrową rywalizację. W sporcie jest zdrowa rywalizacja na umiejętności. Szukałem takiego biznesu, w którym można z innymi rywalizować, pokazać się z jak najlepszej strony lub wyznaczać trendy. Maczfit taki był. Przez 7 lat udawało jej się prowadzić ten segment do przodu. Rano zastanawiałem się, czy przypadkiem dziś nie wstał jakiś drugi Lubiak, który zrobi dokładnie to, co ja i będzie w tym lepszy. Dieta pudełkowa to dla mnie trochę dyscyplina sportu. Ten turniej trwał latami. Konkurencja jest świetna. Pojawiają się różni, nowi gracze, młodzi, odważni, wprowadzają nowe ulepszenia i co najważniejsze – jakość produktu staje się coraz wyższa. W jedzeniu jakość jest najważniejsza i zawsze się obroni. Każdego dnia zaczynałem od sprawdzenia, co się dzieje u konkurencji.

Jak wygląda Pana dzień?

Wstaję tuż przed 5. Z samego rana czytam, robię notatki na dzień, przeglądam kalendarz i głęboko oddycham. Przed 6 idę na trening. Potem lodowaty prysznic (wtedy wiem, że już nic gorszego mnie nie spotka w ciągu dnia, ale to też poprawia wydolność), śniadanie z dziećmi, zawiezienie ich do szkoły… Mój dzień to początek dnia. Staram się go dobrze zaplanować i zrobić najtrudniejsze rzeczy na początku. Trzymam się też mojego planu dietetycznego intermittent fasting. O godzinie 8 jem największy posiłek, kończę o 15.30. Chodzę spać wcześnie, wyłączam wszystkie bodźce. Kontroluję moją regenerację dzięki specjalnemu urządzeniu, które mam na ręce. Odpoczynek i regeneracja są bardzo ważne.

Jakie ma Pan plany sportowe?

Zawsze marzyłem, żeby być na podium Mistrzostw Polski w klasyfikacji generalnej. Chcę powalczyć o tytuł. Stać mnie na to. Kiedyś, w przyszłości, chciałbym też przejechać najbardziej kultowe rajdy, mojego "wielkiego szlema", w tym rajd Monte Carlo.