Jakub Rusak, well.pl: Czy po 50 latach w zawodzie aktora jest coś, w czym pani nie zagrała?

Reklama

Joanna Żółkowska: (śmiech) Jest być może jedna taka jedna rzecz – „Oświadczyny” Czechowa. Ta sztuka wydaje mi się tak niesamowicie zabawna i tak dobrze opowiedziana, że nawet trochę tego żałuję. Poza tym nigdy nie miałam żadnych marzeń, żadnych planów.

Dlaczego?

To jest taki zawód, że raczej czeka się na propozycje. Choć teraz może nawet przestałam już czekać i raczej sama inicjuję różne projekty. To mnie w tej chwili najbardziej interesuje, ta iskra, która wychodzi ode mnie i ta świadomość, że jest jakaś rzecz, którą wymyśliłam i zainteresowałam nią innych.

Jak na przykład spektakl „Pani Pylińska i sekret Chopina”, który uczcił pięćdziesięciolecie pani pracy zawodowej na scenie. Akurat rozmawiamy dzień po premierze tego spektaklu. Jak pani wrażenia?

Myślę, że w porządku. Jeśli ludzie są zadowoleni i im się podoba, to ja też jestem zadowolona.

A ludzie byli zadowoleni?

Podobno bardzo, zawsze tak mówią (śmiech). Ale rzeczywiście, dawno nie widziałam takiej liczby ludzi zadowolonych z tego, co zobaczyli.

Joanna Żółkowska, „Pani Pylińska i sekret Chopina”/fot. materiały prasowe Joanna Żółkowska, „Pani Pylińska i sekret Chopina”/fot. materiały prasowe

Dlaczego na pięćdziesięciolecie wybrała pani właśnie tę sztukę?

Ponieważ opowiada ona o sztuce, czyli o tym, czym zajmuję się od 50 lat. Poza tym jest to spektakl, który łączy w sobie teatr z koncertem, a że teraz mniej chodzę do teatru, za to jestem stałym gościem filharmonii, to pomyślałam sobie: „spróbujmy zrobić coś, co połączy w sobie te elementy, które teraz lubię najbardziej – trochę teatru, trochę koncertu”. I bardzo mnie to zainteresowało.

Co było dla pani największym wyzwaniem w pracy nad tą sztuką?

Splecenie dużych fragmentów muzycznych ze scenami napisanymi w sposób teatralny. W spektaklu jest bardzo dużo Chopina i właśnie to połączenie było dla mnie najciekawsze – jak to wszystko się ze sobą złoży, jak jedno będzie pracowało na drugie. Dynamika muzyki jest zupełnie inna od dynamiki teatru. Czasami te dynamiki mogą być do siebie podobne, ale co do zasady są to dwa różne media.

Co ma pani na myśli?

W tym przypadku utwór nie służy temu, by być pod tekstem albo podkreślać jakieś rzeczy związane z tekstem, on jest samoistny, a z kolei w części teatralnej następuje dyskusja o tym utworze. Jest to bardzo skomplikowane, trudne i nie mieliśmy pewności, jak ostatecznie damy sobie z tym radę, bo takiego eksperymentu jeszcze nie było w historii teatru. Ale okazało się, że ludzie byli oczarowani, ponieważ wszystko się bardzo pięknie splotło.

Dlaczego właśnie teraz zdecydowała się pani na taki eksperyment?

Dlatego, że dopiero teraz znalazłam odpowiedni tekst. Poza tym spotkałam się z autorem oryginału Ériciem-Emmanuelem Schmittem, który przyjechał z Francji na Dni Literatury w Sopocie, gdzie wystawiał swój monodram połączony z koncertem. Widziałam to i ja, i reżyser Robert Gliński, i jeszcze bardziej utwierdziło nas to w przekonaniu, że połączenie muzyki i teatru działa. Przez pandemię zrobiliśmy najpierw wersję internetową tego spektaklu, ale teraz, kiedy już obostrzenia zelżały, przenieśliśmy ją do teatru.

Domyślam się, że różnica była diametralna.

Owszem! Okazało się, że wersja teatralna jest o wiele lepsza niż internetowa właśnie dzięki obecności publiczności.

To z uwagi na publikę przez większość kariery wolała pani grać w żywym teatrze?

Dokładnie tak. Jedna z moich znajomych powiedziała mi ostatnio, że oglądała wersję internetową „Pani Pylińskiej…” w telefonie. To jest przerażające, nie można tego oglądać w telefonie, to niesamowicie zubaża doświadczenie. Pójście do filharmonii na koncert, to jest zupełnie co innego, niż słuchanie go w radiu albo w telefonie.

Chce pani powiedzieć, że stroni od nowoczesnych technologii?

Nie do końca dałam się w to wpuścić, bo nie chce mi się tego uczyć, poza tym nie uważam, że to mnie wzbogaci. Nauczyłam się tego, co jest mi niezbędne, jak np. uzyskiwanie wiadomości i to mi wystarczy. Oczywiście uważam też, że z telefonem i internetem można zrobić bardzo dużo pożytecznych rzeczy, ale nie dajmy się zwariować.

A co sądzi pani o współczesnych aktorach i aktorkach, dla których media społecznościowe są głównym narzędziem komunikowania się ze światem i budowania swojej pozycji?

Owszem, są tacy, którzy bez przerwy informują o tym, że gdzieś są, coś robią, a nie mają ku temu żadnego powodu. To zupełnie nie moja bajka, ja się w tym nie odnajduję. We wszystkim muszą być granice, a tutaj one są przekraczane. A najgorszą rzeczą jest to, że ludzie nie wiedzą, że te granice są przekraczane.

Albo wręcz przeciwnie – wiedzą i przekraczają je z premedytacją.

To jeszcze gorzej. Właśnie dlatego uważam, że świat staje się niebezpieczny i chybotliwy, i miesza ludziom w głowach. Źle miesza. Lem mawiał, że internet to diabeł XX wieku. Bardzo łatwo manipulować ludźmi i te mechanizmy widać, właśnie gdy otwiera się internet i media społecznościowe.  

Czyli współczesne kino i aktorzy manipulują ludźmi?

Kino zawsze manipulowało ludźmi. Dobry scenariusz, dobry reżyser i cała ta konstrukcja polega na idealnym manipulowaniu widzem i jego uczuciami. Ale dobry reżyser prowadzi widza tak, jak on sam chce, i na tym polega sztuka filmowa i każda inna sztuka wizualna – tam wszędzie jest manipulacja, ale ona służy dobrym celom, żeby np. trafić we wrażliwość widza, coś mu uświadomić.

Okej, mówi pani o reżyserach, którzy mają dobry warsztat i chcą przekazać dobre wartości, ale co z drugą stroną tego medalu? Co z reżyserami takimi jak np. Patryk Vega?

Ja nie widziałam jego żadnego jego filmu.

Żartuje pani.

Nie! Ale on mnie zadziwia, on mnie interesuje jako człowiek (śmiech).

Proszę rozwinąć tę myśl.

Wydaje mi się, że on jest moralistą. Podejrzewam, że on wyczuwa, jakim językiem trzeba opowiadać, żeby zapukać do sumień. I wybiera taką formę dla swoich myśli, by wstrząsnąć. I jak się okazuje, jest to skuteczne, choć teraz być może już mniej, bo jednak się trochę znudził.

Mówi pani poważnie?

Tak, ja bronię Patryka Vegi, to jest moralista, tylko ma specyficzny język. Drugi taki moralista w kinie to Smarzowski. Widziałam jego „Drogówkę” i doszłam do wniosku, że to jest taki moralista, jakiego jeszcze nie było.

A w teatrze są tacy moraliści?

Nie, w teatrze jest teraz większość cwaniaków. Niezdolnych cwaniaków. Dlatego coraz rzadziej chodzę do teatru, bo wydaje mi się, że został zdominowany przez pospolitość, cwaniactwo i głupotę, którą się próbuje wcisnąć ludziom.

To dlaczego wciąż występuje pani w teatrze?

Ja się czuję lepiej na scenie.

Nawet u cwaniaków?

Ja nie gram u cwaniaków, a jak jestem na scenie to mam takie niesamowite poczucie, że nawet sto koni by mnie z tej sceny nie ściągnęło.

Dlaczego?

Czuję, że scena to takie miejsce, z którego chcę coś powiedzieć ludziom, chcę się z nimi podzielić tym, co widzę. Czasami miałam takie momenty, na początku lub w środku mojej pięćdziesięcioletniej kariery, że stawałam na scenie i myślałam:

To jest niesamowite, ci ludzie tu przyszli z własnej woli i zapłacili za bilety i teraz siedzą tu, żeby mnie oglądać. Powinnam być im wdzięczna.

W związku z tym mam takie poczucie, że nie mogę kłamać, nie mogę oszukiwać, muszę robić wszystko najlepiej, jak umiem. Trzeba traktować tych ludzi z szacunkiem. I ja tam wychodzę, by coś im powiedzieć.

Morały?

Nie uważam, że jestem moralistką. Pokazuję widzom różne strony zagadnienia, jakim jest człowiek i jego bycie na świecie. Niektórym chodzi o to, żeby pokazać się w ładnej sukience, ale ja na to nie stawiam.

Czy jest w takim razie coś, co panią oburza w obecnym teatrze?

Ja się raczej nie oburzam, nawet na rzeczy drastyczne. Muszę tylko wiedzieć, że to nie jest tylko po to, żeby było drastycznie, albo by ktoś wyrobił sobie nazwisko. Niech to niesie jakąś myśl i daje mi obraz świata, który może mnie nawet przerażać.

Kiedyś zagrałam w sztuce austriackiego dramaturga Wernera Schwaba pt. „Prezydentki”. To, co myśmy wygadywały na scenie, to było przerażające. Moja pierwsza reakcja była taka: „ja tego nie będę mówiła, to straszne”, ale po chwili dotarło do mnie: „nie, on też ma rację, tak też jest i trzeba to powiedzieć”.

Skoro jesteśmy przy pani kontrowersyjnych rolach. Wystąpiła pani w słynnych „Dziadach” w reżyserii Konrada Swinarskiego, w których grana przez panią postać Zosi całkowicie zrywała z dotychczasowym wyobrażeniem o tej postaci i wywołała spore oburzenie. Czy taka obrazoburczość jest potrzebna w teatrze i szerzej – w sztuce?

Obrazoburczość to niebezpieczne słowo, bo sztuka właśnie po to jest, żeby spojrzeć na coś z innej strony, z której nikt wcześniej się nie odważył. I nawet jeśli to się może wydawać obrazoburcze, to w pewnym momencie dochodzi się do wniosku, że nie, to właśnie jest część życia. Dlatego sztuka może być obrazoburcza, chodzi po prostu o to, żeby była sztuką, a nie cwaniactwem.

Jak widzowie mają odróżnić jedno od drugiego?

Widzowie czują, są jak dzieci, które wyczuwają świat. W teatrze włącza się ich wrażliwość i głosują nogami. Kiedyś spotkałam się z opinią widza, który nie zrozumiał sztuki, ale stwierdził, że to dobrze, że ją zobaczył, bo zostało w nim to, że nie rozumie i może kiedyś zechce to zrozumieć. Wierzę w ludzi, wierzę w ich wrażliwość.

Są w ogóle w Polsce utalentowani reżyserowie teatralni?

Zawsze byli zdolni i utalentowani reżyserowie i na szczęście ciągle tak jest, że oni jednak wypływają, wynurzają głowy z magmy spryciarzy bez talentu, ja w to wierzę. Ale tych najlepszych jest niewielu. Jest np. Piotr Cieplak, który robi przepiękne i mądre przedstawienia.

A reżyserki? Nie ma pani wrażenia, że są niedoreprezentowane?

Ja jak pracuję i omawiam szczegóły scenariusza, to wolę rozmawiać z mężczyznami. Mało było takich kobiet, z którymi bym chciała pracować.

Dlaczego?

To ma coś wspólnego z tym podziałem na Marsa i Wenus (śmiech). Mężczyźni skupiają się na ideach, a kobiety na tych bardziej przyziemnych sprawach, choć to nie znaczy, że nie widzą z tej perspektywy świata.

Gram teraz w teatrze Młyn u Natalii Fijewskiej, którą uwielbiam. Pisze dobre sztuki, mało obsadowe, które dotykają takich spraw, których mężczyzna nie jest w stanie opisać. Jej to wystarcza, że ona tam jest i może mówić swoim głosem, ona nie chce zwojować całego świata, tak mi się zdaje. 

Ale czy teatr bez głosu kobiet się nie skończy?

Odkąd weszłam na scenę mówiło się, że teatr się kończy. Ale nie kończy się, są różne okresy, lepsze, gorsze, ale teatr się nie kończy, tak jak literatura się nie kończy, muzyka się nie kończy. Teatr ewoluuje i musi ewoluować, ale się nie skończy, bo jakby się skończył, to co by nam zostało?

***

Joanna Żółkowska - należy do najbardziej popularnych polskich aktorek, z powodzeniem łączy pracę w teatrze z występami w popularnych serialach i komediach telewizyjnych. Ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie. Dyplom uzyskała w 1972 roku.

Zadebiutowała w słynnej inscenizacji "Dziadów" Adama Mickiewicza przygotowanej przez Konrada Swinarskiego (1973). W latach 1974-1997 oraz 1999-2015 była związana z Teatrem Powszechnym w Warszawie. W tym czasie zagrała łącznie w 55 przedstawieniach. W latach 1997-1999 Joanna Żółkowska należała do zespołu Teatru Narodowego.

W filmie zadebiutowała w 1972 roku w "Szklanej kuli" Stanisława Różewicza. W 1991 wystąpiła też w "Rozmowach kontrolowanych" Sylwestra Chęcińskiego, później m.in. w "Balandze" Łukasza Wylężałka (1993). Największą popularność zyskała dzięki brawurowej roli Anny Surmacz-Koziełło w telenoweli "Klan" (od 1997 roku). Wystąpiła też w 66 przedstawieniach Teatru Telewizji.

Była wielokrotnie nagradzana na festiwalach teatralnych. W 2013 roku została odznaczona Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze - Gloria Artis”.