Kinga Baranowska - himalaistka i psychoterapeutka

Renata Respondek, pulsHR.pl: Kiedy zaczęła się pani przygoda z górami?

Reklama

Kinga Baranowska: – Dosyć późno wylądowałam w Tatrach. Na początku moim celem było docierać tam co weekend z północnej Polski. To mi zostało. Do tej pory bardzo lubię te góry i jestem tam tak często, jak się da, pomieszkuję w Zakopanem. Himalaje pojawiały się stopniowo, gdy zaczęłam zaznajamiać się z innymi, wyższymi górami.

Czym się Pani zajmuje, kiedy się Pani nie wspina?

– Pracuję, głównie z ludźmi, bo bardzo to lubię. Zdarza mi się, choć rzadko, chodzić z ludźmi w góry. Prowadzę też różnego rodzaju spotkania z firmami czy grupami. Od jakiegoś czasu pracuję również jako psychoterapeutka. Zależy mi na tym, by wykorzystywać różne doświadczenia wyniesione z gór podczas życia na nizinach.

Pomysł na psychoterapię pojawił się w górach? W takich warunkach można wybitnie doświadczyć tego, jak wielką siłą jest ludzka psychika i jak wiele od niej zależy.

– Trochę tak. Podczas wypraw mamy możliwość dogłębnego poznania siebie, a także kolegów i koleżanek z zespołu, ponieważ momentami jesteśmy w sytuacjach ekstremalnych, a kiedy wychodzą wszystkie nasze braki i słabości, nie da się niczego ukryć. Prowadzi to do lepszego poznania siebie, niemniej później, by zostać psychoterapeutą, potrzeba jeszcze wielu lat nauki.

Atak szczytowy na Lhotse, Kinga Baranowska, fot. archiwum prywatne Atak szczytowy na Lhotse, Kinga Baranowska, fot. archiwum prywatne

Wyprawa w Himalaje - jak się do niej przygotować

Proszę więc powiedzieć, jak się dobrze przygotować mentalnie do takiej wyprawy?

– Dla mnie była to zawsze bardzo ważna sprawa. Możemy być bardzo dobrze przygotowani zarówno kondycyjnie jak i technicznie, organizacyjnie itd., ale jeśli psychika nam szwankuje, to za daleko nie zajdziemy. Można dojść do bazy i zupełnie stracić motywację do dalszej wspinaczki.

Ważne jest, by odpowiedzieć sobie wcześniej na pytanie: czy ja faktycznie jestem gotowa, by wejść na szczyt, czy to jest odpowiedni czas, miejsce i moment w życiu, by w ogóle jechać w Himalaje.

Jakby nie było, podczas wyprawy jesteśmy odcięci od życia na nizinach, ważne jest więc, by mieć pewność, że to jest odpowiedni moment na poświęcenie się górom na kilka tygodni.

Trzeba mieć w sobie tę pewność, że po powrocie nie zastanie się zgliszczy. Kluczową sprawą jest tak poukładać sobie wszystko w taki sposób, by wyprawa nie wywróciła całego życia do góry nogami.

Należy pamiętać, że wyprawa w Himalaje to nie tylko sam wyjazd, ale również kilka miesięcy przygotowań, podczas których uwaga koncentruje się również na sprawach z nią związanych, staje się ona priorytetem. Nie zawsze w życiu jest na to miejsce.

Himalaje - ile kosztuje wyprawa

Ile kosztuje taka wyprawa i skąd bierze się na nią środki?

– Zawsze było tak, że to Mount Everest grał pierwsze skrzypce, to tam zawsze było najdrożej, jako że to najwyższy szczyt na ziemi. Między innymi z tego powodu nie byłam nigdy na tej górze, przekraczało to moje możliwości, ale też Everest niezbyt mi się podobał i z tego powodu przekładałam tę wyprawę zawsze na później. Inne ośmiotysięczniki są bardziej w zasięgu, w przystępniejszych cenach.

Szukanie finansowania zwykle rozpoczyna się od szukania sponsorów, proponujemy umowy barterowe i innego rodzaju współpracę sponsorską.

Co myśli się, kiedy wszystko się uda i kiedy stoi się na szczycie?

– Na szczycie doświadczamy całej mieszanki emocji i wrażeń. Jesteśmy wówczas bardzo zmęczeni, więc na pewno pojawia się rodzaj ulgi, że udało się wejść i że to koniec kilkugodzinnej, wyczerpującej wspinaczki. Pojawia się również oczywiście radość, ale nie jest to ten rodzaj szczęścia, przy którym skacze się do góry, raczej taka radość spokojna, wewnętrzna. Bardzo często w tym momencie czułam również wdzięczność za to, że mogę doświadczyć tej chwili i spojrzeć na świat z tego wyjątkowego miejsca.

Tej chwili nie można porównać do niczego, jest się pomiędzy niebem i ziemią, widzi się tylko szczyty innych siedmio- i ośmiotysięczników. To nieziemski widok i nieziemskie uczucie. Można zawiesić się w takim błogostanie i pokontemplować. Wiele z tych chwil mam do dziś przed oczami, choć minęło już kilkanaście lat.

Jednocześnie z tyłu głowy pojawia się rozsądek i myśl, że to dopiero połowa drogi, a prawdziwy szczyt jest w bazie.

Szczyt Nanga Parbat, Kinga Baranowska, fot. archiwum prywatne Szczyt Nanga Parbat, Kinga Baranowska, fot. archiwum prywatne

Schodzenie jest trudniejszą częścią trasy?

– Schodzenie faktycznie jest bardzo trudne z kilku powodów. Po pierwsze jesteśmy już bardzo zmęczeni, więc łatwiej o popełnienie jakiegoś błędu. To moment wyprawy, w którym musimy zachować jeszcze większą czujność. Po drugie wykonuje się wówczas bardzo dużo trudnych technicznie manewrów, trzeba bardzo uważać, żeby dobrze się zapiąć. W tym miejscu bardzo ważna jest współpraca z partnerem, z którym nawzajem kontrolujemy, czy wszystko zrobiliśmy prawidłowo i jesteśmy bezpieczni.

Moim zdaniem kluczowe jest poukładanie sobie tego wszystkiego w głowie. Nie można się rozproszyć nawet na chwilę. Cały czas trzeba powtarzać sobie, że zejście jest bardzo ważne.

W zasadzie już w momencie rozpoczęcia podejścia trzeba mieć z tyłu głowy myśl, czy aby na pewno mam wystarczająco dużo sił, by nie tylko wejść na szczyt, ale i zejść do bazy. Jeśli odpowiedź jest przecząca, należy zawrócić, nawet jeśli jest to 100 metrów od celu.

Wyprawa w Himalaje - jak radzić sobie z porażkami?

Dużo rozmawiamy o sukcesach i zdobytych szczytach, ale zapewne zdarzają się również porażki, czasami nie udaje się osiągnąć celu. Jak sobie z tym radzić?

– Zawsze lepiej jest stanąć na szczycie, niż nie stanąć. Mam za sobą kilka niezdobytych szczytów. Wydaje mi się, że w momencie kiedy zrobiłam wszystko co mogłam, kiedy zawracałam nie z powodu „bo nie chciało mi się wyjść ze śpiwora” nie traktuję tego w kategorii porażki. W takiej sytuacji raczej analizuję, co można zmienić, albo poprawić.

Czasem po prostu pogada jest tak niesprzyjająca, że musimy pochylić czoło i przyznać, że natura jest silniejsza. Nie udawać chojraka tylko ustąpić przed żywiołem.

Najczęściej po odpoczynku, ochłonięciu siadamy, spisujemy, co można poprawić i wracamy. Najtrudniej było mi pogodzić się z odwrotem za pierwszym razem, kiedy wręcz łezka zakręciła się w oku. Później wiedziałam, że po prostu podejmuję rozsądną decyzję.

Jak prowadzenie biznesu pomaga we wspinaczce?

Kończąc odwrócę pytanie, które pewnie słyszy Pani bardzo często i zapytam, czego nauczył Pani biznes, co przydaje się w górach?

– Na pewno z doświadczeń biznesowych wiele wyciągnęłam jeśli chodzi o organizację wypraw. Bez tego byłoby mi na pewno trudno. Była to też dla mnie dobra szkoła prowadzenia negocjacji, przygotowywania ofert czy szukania sponsorów, asertywności, poruszania się na miejscu.

Mam dobre doświadczenia z miejsc, w których pracowałam zanim zawodowo zabrałam się za himalaizm i myślę, że sporo z tego wyniosłam.

Szykuje się kolejny ośmiotysięcznik? Jakie są Pani plany górskie na najbliższą przyszłość?

– W najbliższym czasie nie planuję zdobywania tych najwyższych szczytów. Mam swoje ośmiotysięczniki do zrealizowania tutaj na nizinach. Ale kto wie, może jeszcze kiedyś?

Przeprosi się Pani na przykład z tym Mont Everestem?

– Obiecałam sobie, że jeśli zdobędę Mont Everest to będzie to na samym końcu. W między czasie zdążyłam go polubić, spodobał mi się kiedy stanęłam na Lhotse, który jest sąsiadem Everestu, ukazał mi się wtedy z zupełnie innej perspektywy i piramidka zaczęła mi się podobać. Niemniej jeśli już, będzie to mój ostatni ośmiotysięcznik.

Dalszy ciąg rozmowy Renaty Respondek z Kingą Baranowską dostępny jest na Kanale Gospodarczym w serwisie YouTube. Zapraszamy!

Kinga Baranowska – polska himalaistka, zdobywczyni dziewięciu ośmiotysięczników. Na trzech z nich stanęła jako pierwsza Polka: Dhaulagiri, Manaslu i Kanczendzondze. Na wszystkie szczyty wspięła się bez używania dodatkowego tlenu z butli.

Przez kilka lat była członkinią kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu (wspinaczka wysokogórska), a także wiceprezeską zarządu Klubu Wysokogórskiego Warszawa. Mieszka w Warszawie oraz Zakopanem.