Z Martą Hopfer Gilles łączę się przez telefon kilka tygodni przed Świętami. Choć rozmawiamy o życiu po norwesku, Marta aktualnie przebywa w rodzinnych stronach męża, we Francji. Ma zatem ciekawą perspektywę, pewien dystans, dzięki któremu udaje nam się uchwycić wyjątkowość norweskiej zimy i przedświątecznego czasu, który - jak dowiaduję się w czasie rozmowy - zaczyna się już w październiku! 

Reklama

Kawa po norwesku, czyli jak Norwegowie oswajają ciemność? 

Aleksandra Nagel – Well.pl: Wypiłaś już dzisiaj swoją pierwszą norweską kawę?

Marta Hopfer Gilles: Tak, co prawda do końca roku jestem we Francji, ale nadal piję norweską kawę. Norweska kawa jest najlepsza na świecie, więc przywieźliśmy ją tutaj ze sobą.

Dlaczego jest taka wyjątkowa?

Norweska kawa jest jasno palona, ma karmelowy, lżejszy smak, który doskonale komponuje się z mlekiem, a ja jestem zwolenniczką kawy z mlekiem. Poza tym, Norwegowie to mistrzowie parzenia kawy! Wyspecjalizowali się w tym do perfekcji i piją kawy naprawdę sporo. W norweskich biurach stoją ogromne ekspresy do kawy, a ludzie non stop sobie dolewają tej kawy. Pewnie wynika to w dużej mierze z tego, że przez pół roku w Norwegii jest kompletnie ciemno, więc trzeba się jakoś podkręcić…

Widząc grudniową ciemność za oknem w Polsce, jestem w stanie zrozumieć każdego norweskiego kawomaniaka!

Ja też to rozumiem, choć nie wiem, czy to jest do końca takie zdrowe. Jest pewna anegdota, która wyjaśnia to zamiłowanie Norwegów do kawy. To był moment, gdy państwo norweskie zaczęło walczyć z alkoholizmem. Ceny alkoholu były tak wysokie, a kupienie go tak skomplikowane, że Norwegowie przerzucili się na kawę. W Norwegii bardzo popularne były w tamtych czasach kursy tańca i właśnie tam młodzież rozpropagowała picie kawy. Kawa stała się napojem do towarzystwa, który miał zastępować alkohol.

Marta Hopfer Gilles / archiwum prywatne Marta Hopfer Gilles / archiwum prywatne

W swojej książce skupiasz się na Oslo, ale czy można poprzez Oslo opowiedzieć o całej Norwegii? Myślę tutaj analogicznie o Warszawie – książka o niej raczej nie opowiedziałaby o całej Polsce.

Oczywiście, zgadzam się z tym, że każda stolica jest światem samym w sobie, w pewnym stopniu różni się od reszty kraju, ale w Norwegii to działa trochę inaczej. Oslo nie można porównać do Warszawy czy na przykład Paryża, który kompletnie różni się od całej Francji. Oslowianie są trochę staroświeccy, nadal potrafią wziąć do pracy narty, żeby zaraz po niej lecieć na stok. W czasie Świąt nie wyjeżdżają za granicę, bo wolą spędzić ten czas w swojej chatce w górach, gdzie nie zawsze jest prąd, toaleta czy ciepła woda. Oslo ma w sobie wiele cech charakterystycznych dla wszystkich Norwegów. Myślę, że w mniejszych miejscowościach te cechy będą w większym natężeniu, natomiast Oslo nie odstaje mocno od reszty kraju, choć na pewno jest bardziej kosmopolityczne, nowoczesne, otwarte na nowe pomysły.

Wspominasz o norweskich świętach. Czy Norwegowie mają świadomość, że ich sposób spędzania Bożego Narodzenia, ogólnie zimowego czasu, jest inspiracją dla reszty Europy?

Mówisz pewnie o tzw. „hygge”, które jest przede wszystkim duńskie, ale Norwegowie też mają na ten czas swoje określenie – „koselig”. To słowo oznacza słodkość, przytulność, ciepło. Norweskie święta, a właściwie czas oczekiwania na nie, są niezwykłe!

Dziwimy się czasami, że w Polsce już po Wszystkich Świętych zaczyna się w sklepach Boże Narodzenie, ale w Norwegii przygotowania do Świąt zaczynają się już pod koniec października! Norwegowie rozciągają ten okres świąteczny do granic możliwości i to bardzo dobra i sprytna koncepcja. Wszystkie miasta i miasteczka są ozdobione lampkami, by rozświetlić ciemności. To sprytny zabieg, dzięki któremu łatwiej żyć na tej Północy.

Natomiast zaraz po Bożym Narodzeniu uciekają na jakieś ferie na południe Europy albo na narty, bo Norwegowie kochają śnieg! On im również pomaga przetrwać ten trudny ciemny czas. Dlatego dużym problemem są dla nich zmiany klimatu. Jasne, wszyscy je odczuwamy, ale brak śniegu w Norwegii jest zauważalny i depresyjny. Święta bardzo często już nie są białe.

Przypomina mi to trochę polski listopad w wersji XXL – ciemno, brak śniegu, szaro…

Listopadowa ciemnica w Polsce to jednak nie to samo. Tego nie da się wytłumaczyć, dopóki się tu nie przyjedzie i nie da się też do tego przyzwyczaić. Rozmawiałam wielokrotnie z moimi norweskimi przyjaciółmi i pytałam ich, czy w związku z tym, że się wychowali w tym kraju, zdążyli już nawyknąć do ciemności, ale każdy powiedział, że nie.

To nie jest tak, że mamy ciemność w DNA. Cała ta otoczka wokół Świąt i zagrzebywanie się w małych przytulnych przyjemnościach, które zaczyna się pod koniec października, jest próbą ocalenia swojego dobrego samopoczucia. Oni robią po prostu wszystko, żeby nie było im smutno. Tak po ludzku.

 

Marta Hopfer Gilles z mężem / archiwum prywatne Marta Hopfer Gilles z mężem / archiwum prywatne

Święta po norwesku

I co robią, by nie było im tak smutno?

Zaczyna się od tego, że powoli czujemy zapach drewna z kominków, później pojawiają się wystawy świąteczne, potem światełka, gorąca czekolada, cynamon, targi świąteczne. To takie regularne fazy, na które każdy oczekuje, żeby jakoś przetrwać.

A kto przynosi prezenty norweskim dzieciom?

Elf o imieniu Julenissen. Święty Mikołaj jest co prawda obecny, ze względu na amerykanizację świata, ale pojawia się głównie w przedświątecznych ozdobach.

Twój świąteczny zapach Norwegii to…?

Cynamon, czekolada, kawa – wszystko, co kojarzy się z ciepłem, to zapachy, które kojarzą mi się z Norwegią, ale nie tylko w okresie Świąt. Tak pachnie moja Norwegia też jesienią, zimą, ale i wiosną. Kiedy nadchodzi przerwa wielkanocna, wyjeżdżamy z Oslo, przejeżdżamy przez miejscowości, w których Norwedzy jeżdżą na nartach, i wchodzimy do jakiejś kawiarni, od razu czuć zapach cynamonu i świeżej kawy.

Polecałabyś podroż do Norwegii w okresie świątecznym?

To bardzo trudne pytanie, bo latem na pewno jest łatwiej zwiedzać Norwegię, ale taki city break w okresie świąt wcale nie jest głupim pomysłem. Oslo wygląda w grudniu zjawiskowo. Ja lubię najbardziej norweską wczesną jesień, która jest bardzo słoneczna, mniej deszczowa.

Pokochałaś jakiś norweski przepis świąteczny?

Powiem szczerze, że nie lubię typowo norweskich dań świątecznych. Są bardzo mięsne, ciężkie, bardzo dużo baraniny… Chociaż myślę, że bułeczki cynamonowe są świetne.

Polacy przed i także w trakcie Świąt są bardzo rozemocjonowani, rozdrażnieni, chcą by wszystko wyszło perfekcyjnie. Czy w Norwegii Boże Narodzenie też może być męczące?

Trudno mi powiedzieć, ponieważ nie spędzałam  Świąt w żadnej norweskiej rodzinie. Wydaje mi się jednak, że to rozdrażnienie jest bardzo polskie, tak jest też w mojej rodzinie: przyjeżdżam i gotujemy do upadłego, żeby było milion potraw. Moja mama, która jest świetną kucharką i od lat przygotowuje święta, nadal jakoś nie potrafi określić, ile tego jedzenia jest potrzebne, pewnie jak każda mama. Zawsze wychodzi tego zdecydowanie za dużo. W trakcie francuskich świąt u mojego męża jest zdecydowanie mniej dań na stole. W Norwegii jest chyba podobnie. Jest mniej o jedzeniu, a bardziej o wspólnym spędzaniu czasu w ciągu tych trzech dni.

Norwegia / archiwum prywatne Marty Hopfer Gilles Norwegia / archiwum prywatne Marty Hopfer Gilles

 

Norweska monarchia, czyli król, który jeździ tramwajem

Czy to prawda, że w Oslo, w tramwaju, można spotkać króla?

Prawda, choć mnie się to nie zdarzyło, ale spotkałam na przykład panią premier bez ochrony, a moi znajomi spotkali następcę króla na siłowni. Ale są zdjęcia poprzedniego króla, który jeździł tramwajem, i jest to absolutnie normalne. Rodzinę królewską można spotkać w różnych okolicznościach. To nie jest tak jak w Wielkiej Brytanii. Są nam bliscy.

Czy Norwegowie komentują albo porównują te dwie monarchie?

Tu również są tabloidy, więc Norwegowie śledzą to wszystko na bieżąco. Poza tym, te monarchie są spokrewnione. Myślę natomiast, że norweskie podejście do ich własnej rodziny królewskiej, jest radykalnie różne. Oczywiście, nadal gdzieś tam pojawia się w prasie jakieś wytykanie ich błędów, ale jest to robione z dużo większą kurtuazją, w dużo bardziej konserwatywny sposób. Król jest nie do ruszenia. Przy czym ta rodzina królewska jest zupełnie inna, mniej rozbuchana, bardzo skandynawska, prosta i mniej kosztuje państwo. Reagują też szybko na zmiany społeczne.

Król otwarcie mówi o tym, że społeczeństwo norweskie w tej chwili nie jest już tylko „białe”, że składa się z różnych ras, że w Norwegii mieszka wiele osób homoseksualnych, które powinny mieć równe prawa, że Norwegowie są i biedni i bogaci itd. Ta próba bycia bliżej tego, co dotyka społeczeństwo, jest zdecydowanie bardziej udana niż w Wielkiej Brytanii. Przypomnijmy sobie, jak Królowa Elżbieta II nie wyrażała żadnych emocji.  Tu jest zupełnie inaczej. Oczywiście, mają swoje za pazurami: są skandale, dziwacy, rozwody, ale budzi to trochę mniejsze emocje.

 

Luksus po norwesku

Opowiesz mi o bogatych Norwegach? Czym jest dla nich prawdziwy luksus?

Norwegowie są generalnie bogaci. Mieszkają w pięknych domach i jeżdżą pięknymi samochodami, co nie zawsze musi oznaczać, że są tak bogaci, jakby nam się wydawało.

Jednocześnie Norwegowie nie lubią obnosić się z bogactwem, a ich snobizm wychodzi głównie w tym, jak podróżują. Ci naprawdę zamożni mają „drugie” domy na Lazurowym Wybrzeżu, wakacje spędzają w Dubaju i w Los Angeles. Myślę, że status widać też po sprzęcie sportowym. Norwegowie lubią się z nim obnosić. Do tego każdy bogaty Norweg powinien mieć swój dom w górach norweskich - to konieczność.

Natomiast jeśli chodzi o Oslo, to bogactwo widać także po tym, w jakiej dzielnicy miasta mieszkają. Ich fortuny często są niewyobrażalne. To są tak bogaci ludzie, że z naszej perspektywy ciężko to nawet porównywać…

Czego moglibyśmy się nauczyć od Norwegów?

Tym, co najbardziej mnie tu uderzyło, jest swoisty minimalizm. I to pewnie brzmi dziwnie, po tym co właśnie mówiłam o bogactwie. Tutaj można się nauczyć, że do szczęścia nie potrzeba tak wiele, że można realizować się w inny sposób niż korzystać z nieskończonego wyboru rzeczy w sklepach.

Swoje potrzeby można realizować w pasjach, sporcie, w obcowaniu z naturą, w bliskim i spokojnym kontakcie z drugim człowiekiem. Brzmi to banalnie, pewnie trochę tandetnie, natomiast po lockdownie covidowym, kiedy w końcu przyjechaliśmy najpierw do Polski, potem do Francji, nie mogłam się pozbierać. Wybór rzeczy w sklepach dosłownie mnie przebodźcował, mój mózg sobie z tym nie radził. Zauważyłam, że jestem dużo spokojniejsza i co za tym idzie, myślę, także szczęśliwsza, mieszkając w Oslo.

 

Marta Hopfer-Gilles

 

Oslo. Miasto, które oddycha / materiały prasowe Oslo. Miasto, które oddycha / materiały prasowe

Autorka, producentka, dyrektorka kreatywna i tłumaczka. Przez prawie 20 lat pracowała w marketingu w branży telewizyjnej i filmowej w Polsce, by po przeprowadzce do Oslo w końcu w pełni skupić się na pracy twórczej. Współautorka popularnego podcastu „Krwawa Skandynawia” (wraz z Katarzyną Nocuń-Mszyca) oraz laureatka międzynarodowego scenariuszowego programu mentorskiego „The Writers Lab”.