Dieta odchudzająca vs. kulinarne ego

Aleksandra Nagel – Well.pl: Zacznę od małej prowokacji. Bywasz czasami w McDonaldzie?

Reklama

Daria Ładocha: Na siku (śmiech). Serio, nawet gdybym chciała coś zjeść, to dla mnie nic nie ma w McDonaldzie – za dużo glutenu. Nie lubię tych bułek i nie lubię mięsa, a sałatka z Maca jest za mała, a jak jest większa, to zawsze z tym cholernym kurczakiem w panierce. No dobra, raz stanęliśmy na trasie w McDonaldzie. Dzieci kupiły sobie frytki. Zjadłam tylko trzy i mój żołądek niemal od razu powiedział: „absolutnie nigdy więcej”. Jestem jedyną osobą, którą znam i która nigdy nie zjadła BigMaca. (śmiech)

No to teraz ja też znam jedną! Daria właśnie napisałaś książkę „5 składników zdrowia”. Powiedz mi, po co ci ta książką i po co jest potrzebna nam? Znalazłaś receptę na zdrowe życie?

Gdyby istniała jedna niezawodna recepta na zdrowe życie, to nie byłoby tematu. Do napisania książki zainspirowały mnie jednak kobiety, bo to one są mi szczególnie bliskie. Liczba Polek, które notorycznie są na diecie odchudzającej, redukującej, odwiedzające dietetyków, nieustannie odmawiające sobie jedzenia sprowokowała mnie do napisania książki, w której obalam mity żywieniowe w bardzo prostolinijny sposób.

Nie przepadam za słowem dieta, bo ono w Polsce ma bardzo złą konotację. Czasami już samo myślenie o tym, że przechodzę na dietę, uruchamia w naszym umyśle tryb sprzeciwu, dając odwrotny efekt od zamierzonego.

Czyli diety nie mają sensu?

Mają, ale chodzi o to, by zamiast skupiać się na wojnie z organizmem uruchomić tryb drugi, czyli dobrostan, a żeby on mógł zaistnieć, musimy przede wszystkim zwrócić uwagę na to, co lubimy, co nam służy, a co nie. Zatem zasady diety muszą być zgodne z nami i mamy je lubić, musimy je dopasować do naszego życia, inaczej dieta będzie walką, a tego nie chcemy.

Nie boisz się, że po latach pełnej dietetycznej kontroli wpadniemy w drugą pułapkę, czyli kompletnego braku kontroli?

Jest takie ryzyko, dlatego w mojej książce zadaję trzy pytania: co?, jak?, po co? Jeżeli nie odpowiesz sobie na jedno z tych trzech pytań, to wszystkie rzeczy, które robisz nie będą miały sensu. Te pytania towarzyszyć nam powinny przez całe życie, nie tylko w diecie. Na przykład ty, gdybyś nie zadała sobie tych pytań przed rozmową ze mną, ten wywiad nie miałby sensu. Ja zadaję je sobie każdego dnia – kariera, macierzyństwo, życie prywatne. Zadaje je sobie również wówczas, gdy myślę o tym, co jem.

Jeśli jesz, żeby łechtać swoje kulinarne ego, to będziesz zawsze jeść więcej, bo to sprawia ci przyjemność. Jeśli jesz, bo jesteś smutna albo szczęśliwa, to zajadasz stres lub zajadasz szczęście.

Tymczasem, jeśli wyjdziesz z założenia, że jedzenie jest czymś, co wspiera twój dobrostan, co dodaje ci energii, na której możesz polegać, to nigdy nie zjesz więcej, bo wiesz, że  80 proc. pracy twojego organizmu to trawienie. To przez zbyt dużą ilość jedzenia, nie mamy siły na życie.

Czyli stwierdzenie: „czemu mam sobie odmawiać?” nie ma racji bytu?

Najpierw przyjrzyj się swoim relacjom, swojemu małżeństwu, swojej pracy, swoim konfliktom. Może jedzenie rekompensuje ci jakieś braki w innych, ważnych sferach twojego życia? Odchudzanie zaczyna się w głowie. Talerz jest ostatnim elementem tej układanki.

Moim zdaniem zanim zaczniesz stosować dietę, musisz sobie odpowiedzieć na pytanie: PO CO?

A Ty odpowiedziałaś sobie na takie pytanie?

Tak i zrozumiałam, że ja potrzebuję jedzenie głównie po to, by mieć energię, ale do różnych czynności, które wykonuję, potrzebuję innej energii. Gdy piszę książki, jem coś innego, gdy jest przede mną wyczerpujący dzień i długa konferencja, na której przemawiam, jem coś innego. Gdy idę z dziećmi do aqua parku, jem jeszcze coś innego. Dostosowuję swoją dietę do konkretnej sytuacji, bo potrzebuję sprecyzowanej energii.

Jak Polska przytyła w czasie pandemii? 

Dwa lata żyjemy z pandemią. Jak patrzysz na ten czas z perspektywy naszego jadłospisu? Czy kolejne lock downy i home office pomogły nam ustabilizować naszą dietę, czy przeciwnie? Z jednej strony mam świadomość, że wielu z nas podjada podczas pracy z domu, ale z drugiej może to był właśnie czas, gdy wielu z nas zaczęło wreszcie gotować domowe posiłki?

Nie ma na to jasnej odpowiedzi, bo każdy z pandemii wyciągnął to, co chciał. Jedni zmienili swoje życie na lepsze, drudzy na gorsze. W moim przypadku zamknięcie w domu pozwoliło mi trochę odetchnąć i poświęcić więcej czasu na osobisty rozwój. Na przykład skończyłam studia, o których marzyłam. Pandemia jest mocno demonizowana, ale znam mnóstwo osób, które wyciągnęło z tej pandemii wiele pozytywnych rzeczy. Nie pozostali w otchłani rozpaczy, jak Ania Shirley z Zielonego Wzgórza, tylko zastanowili się, co mogę zrobić dobrego z tym czasem i poszli dalej.

Ale wróćmy do pytania o pandemię i dietę. Z wielu badań wynika, że Polacy przytyli w czasie pandemii…

Pamiętaj, że nikt nas do tej lodówki na siłę nie wciągał. To zawsze jest kwestia decyzji, a od tych decyzji – nawet najmniejszych – zależy jakość naszego życia. Owszem, byli tacy, którzy mocno podjadali, siedząc w domach, ale wielu zmieniło też swoje życie na lepsze – zaczęli chodzić na spacery, samodzielnie sobie gotować, schudli. Mój partner w pandemii schudł 20 kg!

Daria Ładocha: "Mój partner w pandemii schudł 20 kg" 

Opowiesz trochę o tej metamorfozie?

On zastosował zasadę zmniejszenia porcji. Jadł wszystko to samo, ale mniej, ponieważ sam zobaczył, że skoro nie musi aktywnie teraz działać, to nie potrzebował aż takiej kaloryczności. Zmniejszył wszystko o połowę, a organizm szybko to odczuł, bo połowa porcji to połowa racji żywnościowych. Zaczął też robić pompki. Na początku było 20, teraz robi 150 dziennie. Nagle pojawił się kaloryfer, inne oddychanie, inna jakość snu, inna jakość życia! Dzięki pandemii mam nowego człowieka w domu. (śmiech)

W sumie to najlepsza reklama twojej książki…

Wiesz, jak to jest, zobaczyć po dwudziestu dwóch latach swojego mężczyznę w zupełnie nowym wydaniu? (śmiech) Mało tego, mężczyzna, który zaczyna się sobie podobać, zmienia postawę malkontenta na człowieka otwartego na inne relacje. To jest hit!

Dieta zmienia zatem również coś w głowie?

Moim zdaniem - tak.

 

Dieta na depresję, a hejt na Bożenę Dykiel 

Zatem, co sądzisz o hejcie, który spadł na Bożenę Dykiel po jej wypowiedzi na temat tego, że dieta pomogła jej wyleczyć się z depresji? Ja mam naprawdę mieszane uczucia, bo z jednej strony media bardzo ją skrytykowały, a z drugiej, skoro istnieje konkretna dieta dla sportowcom, osób kreatywnych, czy dieta wspierająca mózg, to dlaczego jedzenie nie miałoby wpływu na nasz stan psychiczny? Nie pogubiliśmy się trochę w tym wszystkim?

Mamy się w tym gubić, bo na zagubieniu świetnie zarabia się pieniądze (śmiech). Szum informacyjny, który do nas dociera, nie pozwala nam oddzielić ziarna od plew. Tylko co jest ziarnem? To, co mówi pani Bożena Dykiel, jest już dawno rozpoznane. Są diety, które mogą przeciwdziałać stanom depresyjnym. O tym mówi neurologia, neuroplastyczność i wielu naukowców potwierdza te założenia licznymi badaniami. To nie jest nic odkrywczego. Jedząc odpowiednie rzeczy, myśląc o nich w odpowiedni sposób, jesteśmy w stanie przeciwdziałać stanom depresyjnym. To się nazywa „dieta na mózg”.

Dlaczego zatem tak wielki hejt dotknął Bożenę Dykiel?

Kiedyś mówiono, że „masło zabija i powinniśmy używać tylko oleju”. Potem mówili, że „olej zabija i powinniśmy używać tylko masła”. Jeżeli będziemy zwracać się ku tym, którzy mają ograniczone pole widzenia, nie będziemy się rozwijać. Tak na chłopski rozum – dlaczego dieta, która jest fundamentem naszego godnego przetrwania,  fundamentem tego, jak będziemy zarządzać naszym organizmem, nie byłaby istotna we wszystkich dolegliwościach, również tych związanych z naszą psychiką? Ciało i mózg są ze sobą skorelowane. Jeżeli my wpływamy jedzeniem na nasze ciało, wpływamy także na mózg, bo to jest nierozdzielne.

Dieta "na chłopski rozum" 

Wspominasz o chłopskim rozumie i zastanawiam się, czy te wszystkie diety są nam w ogóle potrzebne? Czy nie jest przypadkiem tak, że nasz mózg sam doskonale wie, co nam jest potrzebne?

To, co powiedziałaś, jest świetne. Najlepszym przykładem tej teorii są dzieci, których rodzice często nie słuchają. Dziecko jest chore, nie chce jeść. Przychodzi mama i wciska rosołek. A przecież to dziecko intuicyjnie nie chce jeść, bo 80 proc. pracy naszego organizmu to trawienie. Jeżeli my na siłę dajemy choremu dziecku jedzenie, to jak artyleria białych krwinek ma iść na wojnę z wirusem czy bakterią, skoro jest obciążona trawieniem? Dziecko, które grzebie w talerzu, bo nie chce buraczków – babcia mówi – masz zjeść wszystko. Czy rzeczywiście musi tak być? Układ pokarmowy dzieciaków rozwija się przez kilka lat, więc jeśli dziecko nie chce czegoś zjeść lub rozdziela to na partie, robi tu intuicyjnie. Zauważ, że większość z nich nie je tego, na co ma uczulenie.

Pamiętajmy też o neurolingwistyce, czyli o programowaniu. Jeżeli mówimy do siebie, że jesteśmy głodni i że zjedlibyśmy konia z kopytami, to co robi mózg? Widzi tego „konia” i zrobi wszystko, by tego konia zjadła. Tak samo jest z kaloriami. Jeżeli powiesz sobie, że ten pączek mnie tuczy, to on to „zrobi”, ale gdy powiesz sobie, że ci służy, organizm go strawi i nie będzie po nim śladu.

Oczywiście nie mówię tutaj o przejadaniu się cukrem. Zauważ, że osoby uzależnione od cukru, często zwracają się do innych „mój cukiereczku” itd. Myślisz, że to przypadek?

Nie sądzę…

To nie w żołądku często jest nasz problem, tylko w głowie.

Czy uważasz, że tzw. kultura diety wyrządziła więcej złego, czy dobrego? Mnie osobiście martwi to, że dostajemy od świata, mediów itp. wiele zasad, ale jednocześnie zatracamy wewnętrzną intuicję, którą przecież mamy w genach…

Każdy ma inny kod metaboliczny i każdy z nas potrzebuje zupełnie innych rzeczy. Nie możemy mówić, że te produkty są zdrowe, a te niezdrowe. Mi na przykład kasza gryczana szkodzi, ale czy mogę w takim razie powiedzieć, że jest szkodliwa? No nie mogę. O tej swobodzie, o której ty mówisz, piszę w mojej najnowszej książce.

Na przykład śniadania, o które walczy tak wielu dietetyków. Wielu z nich się ze mną nie zgodzi, ale ja uważam, że każdy może sam zdecydować czy chce zjeść rano niadanie czy też nie. Nie chcesz jeść śniadań? Nie jedz. Najwidoczniej to tobie nie służy.

 Z jakiego powodu nasz organizm miałby dążyć do otyłości? Jest to wbrew ewolucyjnym zasadom przeżycia gatunku. Nasz organizm nie chce być otyły i nie jest mu to do niczego potrzebne. Otyłość jest chorobą, która bierze się z czegoś zupełnie innego. Organizm, który jest sprawny i działa zgodnie ze swoimi potrzebami, nie ma powodów do tego, żeby zrezygnować ze swojej wagi optymalnej.

Jak działa naturalna waga optymalna?

Każdy z nas ją ma. Jeżeli moja waga optymalna to 56 kg, to organizm nie będzie patrzył przychylnie na 52 kg i zrobi wszystko, żeby to było jednak 56 kg. Natomiast, gdy ja zacznę bardzo uporczywie z tym walczyć, to będę miała 66 kg, bo zaburzę wszystkie sprawnie funkcjonujące mechanizmy. Mój mózg mi tego nie daruje. Powie: „Hola, hola, żeby przeżyć, potrzebuję jedzenia”.

Metabolizm każdego człowieka, niezależnie od tego, co robi i gdzie mieszka, działa podobnie. Dostosowuje się do potrzeb człowieka i jego trybu życia. Co więcej, metabolizmem rządzi umysł, jak w słynnej kreskówce „Było sobie życie”, to tam jest centrum dowodzenia.

Dlatego w mojej książce nie ma konkretnych zasad. Jest tam tylko jedno przesłanie: „Weź usiądź, zastanów się, czego chcesz i rób to zgodnie z zasadami biologii, a nie na zasadzie: mam zły dzień w pracy, to zjem tabliczkę czekolady”. Ja pomagam zadań odpowiednie pytania i też na nie odpowiedzieć. Resztę każdy musi wykonać sam.

Chyba nie jesteś wrogiem czekolady?

Czekolada jest wspaniała, potrafi umilić nam życie, ale może być też nałogiem, jak kokaina. Jedzenie to nic innego, jak zmaterializowana energia. Jedzenie powinno dostarczać nam właściwych składników odżywczych, zasilać nas, dawać to, co w życiu najlepsze – chęć i radość przeżywania go. Jedzenie nie powinno nas osłabiać.

 

Dieta fleksi, czyli jedz to, co ci służy 

Co sądzisz o popularnej ostatnio diecie fleksitariańskiej?

Fleksitarianizm to absolutnie nowa moda, a mody są tworzone po to, żeby świat się kręcił. Tak, jak powiedziała Coco Chanel – moda przemija, styl pozostaje. Chcemy być trendy, chcemy iść do przodu. Fleksi jest seksi. To, że ja dziś mogę zjeść mięsko, a jutro nie, to jest modne – masz mi coś do zarzucenia? Bezpieczna przystań, gdzie wszystkie nasze wybory są uzasadnione.

To sarkazm?

Ja jestem pozbawiona sarkazmu. (śmiech) Fleksi jest super sposobem na to, żeby się nie tłumaczyć. Moment, w którym my musimy się tłumaczyć jest trudny. Świat każe nam się ze wszystkiego tłumaczyć, a fleksi to tarcza ochronna dla ludzi, którzy nie mają ochoty się tłumaczyć, dlaczego dzisiaj jedzą kiełbasę, a jutro nie.

Jesteś wegetarianką?

Tak, chyba że wyjadę do Tajlandii i tam zdarza mi się zjeść kurki krótkonóżki.

Czyli jesteś fleksi…

Jestem tajkorianką, czyli w Tajlandii jem mięso a w Warszawie nie (śmiech). Po prostu uwielbiam jedną odmianę kurczaka, takiego z krótkimi nóżkami, który w dżungli biega żywo po zielonym terenie. Nie jem mięsa, bo go nie potrzebuje i mi nie smakuje. Mi to po prostu śmierdzi, ale w Tajlandii specjalnie przyrządzone curry po prostu mi smakuje. I zobacz, jakie jest super to fleksi – nie musisz się tłumaczyć i czuć się gorzej po zjedzeniu mięsa.

Już rozumiem. Fleksi to po prostu wolność, a Ty wyglądasz mi na kobietę wyzwoloną!

Chciałabym, aby każda Polka była fleksi i przestała siebie porównywać do innych. Zobacz, jak my Polki jesteśmy zakompleksione, a jednocześnie za granicą jesteśmy uznawane za jedne z najpiękniejszych kobiet świata. Każda z nas jest piękna na swój indywidualny sposób, a wracając do diety, każda z nas potrzebuje czegoś innego i ma prawo być fleksi a swój własny sposób. Pamiętajmy, że to jedzenie ma nam służyć, a nie my dostosowywać się do jedzenia.