Mata w tym roku bez wątpienia rozbił bank. Jego płyta „Młody Matczak”, zanim w ogóle pojawiła się na rynku, była najbardziej wyczekiwanym albumem w polskiej muzyce – w samym tylko preorderze pokryła się podwójną platyną. Do tego single, które nieustannie podgrzewały atmosferę i wykręcały nieprawdopodobne liczby wyświetleń na YouTube i serwisach streamingowych.

Reklama

Po oficjalnej premierze albumu było tylko lepiej – „Młody Matczak” stał się czwartym najchętniej słuchanym albumem na Spotify w weekend po oficjalnym wypuszczeniu go na rynek. Z kolei pierwszy koncert promujący płytę najprawdopodobniej pobił frekwencyjny rekord Polski dla solowego występu rapera – na płycie lotniska Bemowo pojawiło się między 30 a 40 tys. osób. Szał, czy jednak uzasadniony?

Czy Mata pozamiatał

Nie bardzo. „Młody Matczak” to bowiem płyta średnia, na której pojawiają się niezłe momenty. Przede wszystkim Mata potwierdził fakt, że technicznie jest dobrym raperem. Nawet jeśli czasem jego wersy brzmią tak, jakby sam autor się w nich zagalopował, to jednak czystym talentem jest w stanie wyciągnąć je na tyle, że sprawiają wrażenie w pełni intencjonalnych i przemyślanych (choć pewnie nie zawsze takie są w rzeczywistości). 

Album nie zawodzi również w warstwie czysto muzycznej – bity są w miarę różnorodne, chwilami nieoczywiste, wyprodukowane bez zarzutu, ale jednocześnie dość bezpieczne i mało eksperymentalne. Da się w nich usłyszeć m.in. popularne inspiracje zachodnimi trapami i drillem. Jeden kawałek - „Kiss cam (podryw roku)" - zdaje się, że został zainspirowany amerykańskim rapem nawet za bardzo i w zasadzie do złudzenia przypomina utwór rapera Polo G (link dla porównania).

 

Łatka bananowego dzieciaka

Tym razem Mata nie pozamiatał jednak pod względem tekstowym. Siłą jego pierwszego solowego albumu – „100 dni do matury” – była właśnie dobra liryka, zręcznie łącząca w sobie luz i powagę, oszczędnie memiczną błyskotliwość oraz miejscami celną publicystykę.

Na „Młodym Matczaku” raper zalicza jednak spory regres, zwłaszcza pod względem różnorodności podejmowanych tematów. W tekstach ogranicza się głównie do nawijania o seksie, paleniu jointów i domówkach, na których pali się jointy (słabe „Skute bobo”, „Szmata”, „Blok”) oraz do nijakich romansowych letniaków (wspomniane „Kiss cam (podryw roku)”, „La La La (Oh Oh)”, „Szafir”).

A to wszystko dość wyraźnie stoi w sprzeczności z łatką bananowego dzieciaka, z którą Mata próbuje zerwać choćby w pierwszym utworze płyty pt. „IKEA”.  Swoją drogą, ten pogodny kawałek  o wyprowadzce z domu rodziców jest jednocześnie jednym z jaśniejszych punktów płyty. Inny to „2001” – melancholijny utwór o roku straconym przez pandemię, w którym raper ciekawie bawi się konceptem „czasu wyjętego z życia”.

Mata na swojej nowej płycie zdaje więc egzamin dojrzałości na naciąganą tróję i choć „Młody Matczak” pobił wszelkie możliwe rekordy popularności, to raczej nie będzie się do niego wracać po latach.