Na parkiet, marsz! Tym razem Smarzowski nie zaprasza widzów do weselnego korowodu, tylko zagania ich na parkiet jak na poranną musztrę w wojsku. Bo ile w 2004 roku ów weselny korowód zwinnie i zgrabnie przemykał między stolikami i korytarzami weselnej sali, podglądając i celnie punktując największe przywary naszych rodaków, o tyle w roku 2021 składa się już wyłącznie z pijanych wujów w wojskowych kamaszach, którzy z subtelnością czołgu próbują o piątej nad ranem wyłożyć wam objawioną prawdę o Polsce. I jeśli wzorem wielu nie uciekliście z tej imprezy wcześniej, to z pewnością będziecie mieć po niej olbrzymiego kaca.

Reklama

Nowe „Wesele” w zamyśle jest naturalistycznym portretem Polski A.D. 2021, w którym reżyser usilnie próbuje odnaleźć analogie do roku 1941. I choć rzeczywiście te analogie istnieją, to jednak Smarzowski wykłada je widzom w sposób nieznośny i pretensjonalny, a niekiedy brutalny: mnoży kolejne wątki, bohaterów kreśli grubą krechą, męczy rwanym montażem i momentami obrzydza nieuzasadnioną wulgarnością i przemocą.

„Wesele” – fabuła filmu

Sytuacji nie ułatwia nieregularna oś czasowa. Akcja filmu toczy się bowiem równocześnie teraz, we współczesnej Polsce, oraz we wspomnianym roku 1941. Z jednej strony obserwujemy losy Ryszarda Wilka (Robert Więcekiewicz), właściciela ubojni świń, typowego „janusza” biznesu, cwaniaka i krętacza, który wydaje swoją ciężarną córkę (Michalina Łabacz) za mąż za typowego kibola lokalnej drużyny piłkarskiej lubującego się w wykrzykiwaniu neofaszystowskich haseł w towarzystwie kumpli z trybun.

Równolegle śledzimy losy młodzieńczego romansu Antka Wilka (Mateusz Więcławek) z Żydówką Leą, dziejącego się na tle pogromów dokonywanych przez Polaków na Żydach na początku lat 40. XX wieku (pojawiają się m.in. nawiązania do Jedwabnego).

Wydarzenia spaja natomiast postać Antoniego Wilka (Ryszard Ronczewski), weterana wojennego oraz niedołężnego ojca Ryszarda Wilka, który służy Smarzowskiemu za przewodnika po obu osiach czasowych. Choć w rzeczywistości „przewodnik” to zbyt duże słowo. Antoni Wilk jest bowiem bezosobową marionetką w rękach reżysera, która ma palcem wskazywać widzom, gdzie powinni dostrzec kolejne paralele między teraźniejszością a przeszłością.

Toporny obraz Polski

A Smarzowski widzi je wszędzie. Kazania księdza o „czerwonej zarazie” zestawia ze współczesnymi kazaniami o „tęczowej zarazie”, pogromy na Żydach z pożarem domu ukraińskich robotników zatrudnianych przez Ryszarda Wilka, a dyskusje nazistów w trakcie wojny z ksenofobicznymi rozmowami na weselu itd. Problem w tym, że sytuacje przedstawione w filmie i dialogi są tak nienaturalne i tendencyjne, że trudno w nie uwierzyć i brać je na poważnie.

Podobnie zresztą jak postaci. Reżyser nie bawi się w subtelności i niuansowanie, żadna nie przechodzi żadnej przemiany, za to każda ma odgórnie przypisany zestaw cech, który jest z nią od początku do końca. W oczach Smarzowskiego bohaterowie są więc warchołami (ubojnia świń nie mogłaby być bardziej oczywista), pijakami, krętaczami, antysemitami, rasistami i chamami. Kobiece postaci są zaś słabe i bezwolne lub podstępne i wulgarne.

Smarzowski próbował połączyć w jednym filmie wszystkie swoje stare i sprawdzone patenty, które z powodzeniem wykorzystał m.in. w pierwszym „Weselu”, ale także w „Wołyniu”, „Róży” czy „Drogówce”, licząc że i tym razem przyniesie to zamierzony skutek. Niestety, nowe „Wesele” stało się niestrawną oraz tendencyjną i chaotyczną mieszaniną tez o polskim antysemityzmie, homofobii i rasizmie, spośród których trudno wyłuskać jakąś jedną konkretną myśl przewodnią.

Zdaje się więc, że nowy film Smarzowskiego, zgodnie ze słowami samego reżysera, powinien zostać w Polsce zakazany. Tyle że z zupełnie innych powodów niż chciałby tego twórca.