Dlaczego kobieta miałaby grać Jamesa Bonda, skoro powinny istnieć role równie dobre jak rola Jamesa Bonda, ale napisane od początku z myślą o kobiecie? – stwierdził Craig we wspomnianym wywiadzie na antenie „Radio Times”. I choć rzeczywiście jest w tej wypowiedzi dużo racji, to jednak w historii całej postaci agenta 007 można odnaleźć zdecydowanie więcej argumentów przeciwko temu, by rolę tę przejęła kobieta. Począwszy od ogromnego bagażu negatywnych skojarzeń, które musiałaby unieść.

Reklama

„Bond w pierwszych filmach był w zasadzie gwałcicielem”

Nie zapominajmy, że James Bond to postać funkcjonująca w popkulturze od przeszło półwiecza. Ian Fleming po raz pierwszy powołał go do życia w 1952 roku na kartach powieści „Casino Royale”, a na wielkim ekranie agent 007 zagościł dziesięć lat później w filmie „Dr No”. I w zasadzie od samego początku uosabiał w sobie cały szereg cech i zachowań, które dziś określilibyśmy jako „toksyczna męskość”.

Zwrócił na to uwagę Cary Fukanaga, reżyser odpowiedzialny za „Nie czas umierać”, który wprost nazwał Bonda gwałcicielem. W wywiadzie dla „Hollywood Reporter” Fukanaga przypomniał sceny z wczesnych filmów z Seanem Connerym – „Thunderball” i „Goldfinger” – w których 007 siłą lub podstępem nakłania kobiety do seksu. Zresztą w „Goldfingerze” takich kwiatków jest znacznie więcej, by jedynie wspomnieć o scenie, w której Bond siłą odbiera klucz pokojówce, by dostać się do apartamentu tytułowego złoczyńcy, a następnie na balkonie molestuje kobietę spotkaną pierwszy raz w życiu.

I oczywiście można próbować argumentować, że Bond był jedynie produktem czasów, w których został stworzony, ale problem w tym, że w kolejnych latach nie następowała żadna diametralna ewolucja tej postaci. Seksistowskie czy przemocowe zachowania agenta 007 w stosunku do kobiet pojawiały się bez względu na to, czy wcielał się w niego Sean Connery, Roger Moore, Pierce Brosnan czy nawet Daniel Craig. Nie sądzę więc, że taki bagaż skojarzeń działałby na korzyść przyszłej aktorki i bez całkowitej redefinicji postaci to przedsięwzięcie jest raczej skazane na porażkę.

 

Zużycie materiału kontra niespełnione oczekiwania

A skoro mowa o redefinicji postaci, spójrzmy prawdzie w oczy. Przez ponad pięćdziesiąt lat, na przestrzeni dwudziestu pięciu filmów cała formuła została solidnie wyeksploatowana. W pewnym momencie twórcom zaczęło brakować pomysłów na nowe rozwiązania fabularne oraz na kreowanie złoczyńców z krwi i kości posiadających sensowne motywacje do działania. I to widać.

Patrząc tylko na filmy z Danielem Craigiem, jedynymi czarnymi charakterami zapadającymi w pamięć byli Le Chiffre z „Casino Royal” oraz Raoul Silva ze „Skyfall”. Pozostali, na czele z kiepsko napisanym Lyutsiferem Safinem z „Nie czas umierać”, w zasadzie nie wyróżniali się niczym nadzwyczajnym, a ich jedynym celem było - co za zaskoczenie! - przejęcie kontroli nad światem. Sam Bond stał się zaś podstarzałym facetem w garniturze z pełnym pakietem nowoczesnych zabawek, który bez jakiegoś większego powodu gania się ze zbirami po dachach i ulicach lub ucieka przed nimi w swoim Aston Martinie. Nuda. 

I to oczywiście również działa na szkodę odtwórczyni roli 007, która albo będzie musiała wcielić się w rolę całkowicie zużytą i doszczętnie przemieloną przez popkulturowe tryby, albo nastawić się na hejt zagorzałych fanów Bonda.

Jeśli bowiem konwencja filmu zostanie utrzymana, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że postaci pozostaną nijakie i wtórne, a stawka głównej rozgrywki filmu niejasna i nieangażująca. Z drugiej strony, jeśli twórcy i twórczynie zdecydują się stworzyć postać Bonda całkowicie od nowa, to widzowie zżyci z dotychczasowym wizerunkiem agenta 007 nie będą tym faktem zachwyceni i nie omieszkają podzielić się tym w internecie. A potem spiszą tę postać na straty i o niej zapomną.

W tym kontekście argument Craiga o tym, że należy się skupić na tworzeniu inspirujących i fascynujących postaci kobiecych od nowa, rzeczywiście nabiera sensu.

Grzech umiarkowania

Istnieje jeszcze jedna obawa, którą najbardziej unaocznił ostatni film „Nie czas umierać”. Owszem, Cary Fukanaga próbował nieco ocieplić i unowocześnić wizerunek Bonda wprowadzając rozbudowany wątek miłosny oraz postać czarnoskórej agentki Nomi, która przejęła kryptonim 007 (w tej roli Lyshanna Lynch). Tyle że reżyser zrobił to tak nieudolnie, że ostatecznie następczyni Bonda i tak została oddelegowana do roli sekundantki Craiga i nie odegrała żadnej znaczącej roli w rozwoju akcji filmu.

Zupełnie tak jakby twórcy chcieli powierzyć kobiecie jakąś ważniejszą rolę w fabule, ale w trakcie produkcji filmu zmienili zdanie. Lub co gorsza – uznali, że muszą być w tym zachowawczy i jedynie stworzyć pozory zmiany. Tak czy inaczej wyszło nie najlepiej, co również nie jest dobrym zwiastunem dla przyszłości serii z kobietą w roli głównej.

Może więc dla wszystkich byłoby znacznie lepiej, gdyby zgodnie z zakończeniem „Nie czas umierać” pozwolić Bondowi odejść w spokoju? I zamiast podejmować desperackie próby reanimacji, uronić symboliczną łzę nad słusznie minioną przeszłością i skupić się na tworzeniu nowych kobiecych postaci z krwi i kości.